Żyd z Maczu Pikczu i Niedobry Kochanek Mamy.

To było tuż po Wielkanocy roku 2013. Wracaliśmy z Czesławą i Mateuszem z wycieczki na Maczu Pikczu.

    Maczu Pikczu to takie ruiny miasteczka zbudowanego przez Inków w górach w Peru. Jeden z „siedmiu cudów nowożytnego świata”.
Screen Shot 2016-11-18 at 23.23.02
    Żeby dostać się na Maczu Pikczu z Cuzco, oddalonej 50 km stolicy regionu, można pojechać pociągiem za 10 złotych albo 150 dolarów. 10 złotych to cena dla miejscowych. 150 dolarów musi bulić turysta nawet jeśli wygląda na latynosa i dobrze mówi po hiszpańsku jak Mateo don Brosci.
    Jeśli nie ma się 150 $, albo po prostu nie ma się ochoty być traktowanym jak ostatni frajer, to jest jeszcze druga opcja. Można złapać busika z Cuzco do Ollantaytambo (35zł cena dla turysty, miejscowi bulą po pół ziemniaka). Stamtąd szutrową drogą nad urwiskiem, można się przedostać za pomocą tzw. transporto comunitivo, co w wolnym tłumaczeniu oznacza jazdę w bagażniku, załadowanego do pełna ludźmi, 30 letniego kombii (cena ok. 20 zł).  Następnie czeka nas 10 km spacer po torach trasy kolejowej do końcowej stacji pociągu u podnóża góry o nazwie Maczu Pikczu, na której stoją ruiny miasta Maczu Pikczu (wjazd na teren miasteczka 40 dolków, autobus podwozi pod górkę).
    Oczywiście wybraliśmy drugą opcję i było zajebiście. Wstaliśmy trochę za późno, po drodze czekaliśmy 2 godziny aż skończą remont drogi wiec te 10 km spaceru, po torach biegnących przez porośnięte dżunglą góry, przeszliśmy grubo po zmroku. Towarzyszyła nam ciemność jakiej nieznanają mieszkańcy wielkich miast, wiecznie skąpanych w blasku latarni i neonów.

Drogę rozświetlały tylko gwiazdy południowej półkuli, po raz pierwszy mające okazję rzucać światło w nasze zadziwione polskie oczy. Z mroku dobiegał odgłos ogromnych wodospadów oraz pohukiwania egzotycznych ptaków i ryki czających się w gęstwinie peruwiańskich panter…

    Może trochę zmyślam ale było naprawdę niesamowicie. Samo Maczu Pikczu też całkiem fajne. Ale o tym innym razem.
 Machu Pichu (27)
    Dwa dni później już po zaliczeniu tego obowiązkowego punktu wycieczki do Peru. Wracalismy tą samą drogą przez tory. Znów wstaliśmy trochę za późno więc szliśmy żwawo by nie zapadał na nas zmrok. W pewnym momencie, mniejwięcej po środku opustoszałej o tej porze trasy, zauważyliśmy leżącą przy drodze torbę na aparat fotograficzny. Upewniając się, że nigdzie nie ma ukrytej kamery przejrzeliśmy zawartość. W środku znajdował się:
  •  Canon z kitowym obiektywem.
  •  Dwa paszporty obywateli Izraela.
  •  Karty kredytowe.
  •  Różne wizytówki i ulotki.
  •  Dolary i peruwiańskich sole.

Po szybkiej kalkulacji jakiej dokonaliśmy używając naszych ponadprzeciętnie rozwiniętych mózgów i znajomości matematyki wyszło, że te obce banknoty były warte ok. 6 tysięcy złotych, a aparat zszedłby na allegrze za kolejne 3 tysiące złotych

 Co byś drogi czytelniku w tym momencie zrobił? Tak szczerze… Masz w ręku 6 tysięcy nieswoich złotych w walucie na trzech. 2 kafle na łepka. W promieniu 5 km nie ma żywej duszy. Jesteś w kraju w którym nikt Cię nie zna a za każdą złotówkę możesz kupić dużo więcej niż w ojczyźnie. No co byś zrobił?
Nie wiem co ty byś zrobił. Ale my nie wahaliśmy się ani chwili…
 Nie bacząc na koszta, Mateusz wykonał podwójnie roamingowane międzynarodowe połączenie telefoniczne do Izraelskiego banku, który wydał kartę American Express temu fajtłapie. Zostawił swój numer i po chwili otrzymał wiadomość esemes od właściciela informującą iż ten już biegnie w naszą stronę. Czekaliśmy na niego 15 minut podczas których zrobiło się ciemno. Przyszedł niezbyt spocony i zasapny, powiedział szybkie „thank you”, zapytał czy daleko stąd jeszcze do Maczu Pikczu, odwócił się na pięcie i tyle go widzieliśmy.
Postąpiliśmy słusznie. Ale cóż tu kryć… czuliśmy rozczarowanie. Żyd nie wypłacił nam znaleźnego. Swoją wdzięczność wyraził raczej niewylewnie. Trzeba mu oddać, to że kilka dni później napisał jeszcze do nas esemesa z zaproszeniem na jakieś piwo w Cuzco. Nie można jednak pominąć faktu, iż oszczędnie, wysłał go z bramki sms i nie dało się na niego odpisać w celu umówienia tego spotkania. Nie było żadnej nagrody za nasz szlachetny uczynek.
Szukaliśmy różnych sposobów żeby ukoić duszące poczucie niesprawiedliwości.
– Źle bym się czuł bawiąc się za cudze hajsy. – mówił Mateusz

-Niebo gwaiździste nade mną, prawo moralne we mnie – powiedziała Klaudia cytując jakiegoś martwego niemca.

-Może karma jakoś wynagrodzi nam ten dobry uczynek- łudziłem się ja.

Wszyscy się myliliśmy.  Prawo moralne w nas, nie pozwoliło nam wykorzystać okazji podsuniętej nam przez los. A już na pewni nie czulibyśmy się źle, kupując ręcznie tkane swetry z lamy dla mamy, mocząc sie cieplych źródłach, jedząc świnki morskie i pijąc drogie wino ze świeżą lokalnie wyrabianą ekologiczną kokainą od peruwiańskiego gospodarza.
Dziś przypomniała mi się ta sytuacja bo zgubiłem portfel. Bez tysiąców w gotówce. Po prostu portfel z dokumentami. Max z jednym mieszkiem. Na każdym dokumencie jest napisane, że właścicielem tego znaleziska jest Tomasz Klaszczyk. Wystarczy to wpisać w Google i napisać do mnie wiadomość.
Ja nie jestem Żyd z Maczu Pikczu i zapłaciłbym znaleźne bo umiem sobie wyobrazić jak to jest zrobić coś dobrego i nie dostać żadnej nagrody. Ktoś jednak tego z nieznanych mi powodów nie zrobił. Kim jest osoba która znalazła mój portfel? Co teraz robi? Może próbuje wejść na siłownię na mojego multisporta? Albo podszywa się pode mnie by wziąć kredyt na lichwiarski procent? Jeśli tak jest, to życzę temu komuś żeby się przy tym zadławił swoim sztucznym wąsem albo żeby ktoś mu udaremnił tę niecną próbę i wtrącił do lochu.
Lubiłem swój portfel. Był wykonany z białego Tyveku. Wytrzymałego i nieprzemakalnego tworzywa sztucznego przypominającego woskowany papier. Portfel w ogóle nie wyglądał jak portfel, wygladał jak plik kartek i podobało mi się, że jest taki wyjątkowy. Zupełnie inny niż wszystkie inne, można było po nim pisać, był cienki, poręczny, lekki i miał małe tajne kieszonki. . Podobał mi się tak bardzo, że kupiłem sobie taki sam, gdy tamten zginął mi dwa lata temu… chwila, moment… raz na dwa lata to podejrzanie wysoka częstotliwość gubienia portfela. Czy to możliwe żeby nie tylko moje fajtłapstwo albo wygląd przyciągający kieszonkowców był powodem tej utraty? Istnieje szansa, że taki portfel leżący gdzieś na ulicy został po prostu zamieciony na szufelkę jak każdy inny śmieć. Albo że ktoś z obsługi lokalu w którym go zostawiłem wziął go do ręki spojrzał niezbyt dokładnie i wyrzucił do śmietnika jak przypadkową złożoną na cztery białą kartkę. Jest taka możliwość… niezbyt mała ale jednak będę dopuszczał jej istnienie i wierzył w nią trochę, bo wolę to niż żyć w świecie w, którym ludzi z premedytacją nie oddają sobie zgubionych portfeli.
W międzyczasie wracam do swojego starego portfela, który dziwnym trafem nie zaginął przez ok. 8 lat użytkowania. Jest gruby, skórzany i ma wyhaftowany napis “Bad Mother Fucker”.

Screen Shot 2016-11-18 at 23.01.30